Andrew Kostanecki jest wnukiem Kazimierza i Janiny Kostaneckich (najmłodszej córki Jana Gottlieba i Emilii Bloch). Planowana przez niego książka, której “Prolog” zamieszczamy niżej, nie została – jak dotąd – wydana.

 

The Future of War

Andrzej Kostanecki

Tłumaczenie: Katarzyna Szwarc

 

Przedmowa

W 1898 roku mój pradziadek Jan de Bloch, którego dobrze znają wszyscy odwiedzający stronę Fundacji Blocha, napisał swoją słynną, sześciotomową pracę o przyszłości wojny, która stała się inspiracją dla pierwszej Konferencji Pokoju w Hadze. On sam został nominowany do Pierwszej Pokojowej Nagrody Nobla w roku 1901.

Mój dziadek, Kazimierz Kostanecki, ożenił się z Janiną Bloch, jedną z czterech córek Jana de Blocha. Jako Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, w roku 1940 uwięziony przez nazistów wraz z trzydziestoma innymi intelektualistami polskimi, został uznany za męczennika w spawie polskiej. Był przetrzymywany w obozie koncentracyjnym  Sachsenhausen, gdzie zmarł w 1941 roku.

Moja matka, Dorothy Adams, daleka krewna drugiego prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna Adamsa, była swego rodzaju politycznym "wolnym strzelcem" kiedy kończyła Goucher College w 1921. Następnie, tak szybko, jak tylko było to możliwe wsiadła na statek do Europy, złapała pociąg do Genewy, otrzymała pracę w Sekretariacie Ligi Narodów i udała się na misję do Polski, gdzie poznała młodego, polskiego dyplomatę, mojego ojca Jana Kostaneckiego, którego pokochała i w niedługim czasie poślubiła. Mieszkała w Polsce przez czternaście lat i stała się żarliwą obrończynią tego kraju w świecie.  

W 1938 roku mój ojciec zginął w katastrofie lotniczej. W sierpniu 1939 matka i ja wróciliśmy do Stanów Zjednoczonych, dzięki czemu udało nam się uchronić od niemieckiej inwazji. Miałem wtedy cztery lata. Gdyby nie śmierć ojca, nigdy nie opuścilibyśmy Polski. W 1946 moja matka napisała książkę (która stała się bestsellerem) We Stood Alone, opowiadającą o czasach spędzonych w Polsce, obojętności Zachodu na niemieckie ambicje, narodzinach nazizmu i początkach II Wojny Światowej. Książka okazała się idealnym epilogiem dla prac Jana de Blocha. W roku 1947 moja matka wraz z Helen Keller, kobietą niesamowitą, od dziecka głuchą i niewidomą, zostały okrzyknięte Katolickimi Kobietami Roku.

Urodziłem się w Polsce, dorastałem w Ameryce i zawsze uważnie słuchałem mojej matki. To wszystko pozwoliło mi spojrzeć na II Wojnę Światową z szerszej niż inni perspektywy. Było to dla mnie impulsem do napisania na temat II Wojny, chęci przedstawienia tego, co odróżniało ją od innych wojen oraz, podobnie jak mój pradziadek, spekulacji na temat przyszłości wojny samej w sobie.

Wstęp oraz epilog pochodzą z mojej książki Whatever Happened to War? Zostały wprawdzie napisane z punktu widzenia obywatela Ameryki, jednak nie są to ani przeprosiny ani próba usprawiedliwienia amerykańskiej polityki zagranicznej czy też strategii militarnej.

Niewiele spośród tego, co napiszę o Janie de Blochu będzie nowego dla odwiedzających stronę internetową Fundacji, jednak moje przemyślenia dotyczące wojny i działań wojennych mogą okazać się interesujące.

Słowo wstępne

Każdy Amerykanin, zbyt młody, by uczestniczyć w wojnie, jednak dostatecznie dojrzały, by ją pamiętać, wspomina owe czasy jako magiczny etap swego życia. Był to czas, kiedy każdy rozumiał przyczyny uczestnictwa w wojnie. Wróg był czarnym charakterem, bohater był cenniejszy niż życie, a patriotyzm stał się częścią codziennej egzystencji. Jeżeli byłeś małym chłopcem, prawdopodobnie grałeś w szkolnej orkiestrze wojskowej i pukałeś do wszystkich drzwi sprzedając obligacje "Zwycięstwa" za $18,75, które dziesięć lat później przynosiły zysk w wysokości $25. Jeżeli byłaś małą dziewczynką, dziergałaś sześciocalowe kwadraty, z których powstawały koce dla amerykańskich żołnierzy.

Kiedy deficyt papieru osiągnął poziom krytyczny, zwijałeś papierosy dla rodziców, używając nieprzetworzonego tytoniu i pozlepianych serwetek, którym nadawało się kształt owijając wokół ołówka. Te i inne czynności takie jak usuwanie popiołu z pieca, przynosiły tygodniowy zysk w wysokości 25 centów.

Zbierałeś papier, folię i puszki aluminiowe dla "War Effort" i wyrabiałeś masło ze śmietanki siedząc na stosie szklanych butelek mleka, które mleczarz dostarczał każdego dnia. Twoi rodzice oszczędzali swoje kartki na żywność, byś mógł udekorować swój tort urodzinowy prawdziwym lukrem zrobionym z masła i cukru. Jeżeli ojciec przebywał codzienną drogę do stacji kolejowej na pieszo, być może rodzinie starczało benzyny, by pod koniec tygodnia odwiedzić kuzynów mieszkających w głębi kraju.

Twój ojciec mógł być "nadzorcą rajdów powietrznych". Nosił wtedy dumnie swoją brunatną maskę gazową przechadzając się po ulicach każdej nocy, by upewnić się, że żaden z miejscowych plotkarzy nie wygląda z okien sąsiednich domów. Górną część reflektorów przedwojennego, rodzinnego samochodu pomalował czarną farbą, by nie mogły być zauważone z góry.

Kiedy padał śnieg mogłeś bezpiecznie ślizgać się na osiedlowych ulicach, chodzić do szkoły i kina, a wiosną jeździć na deskorolce środkiem ulicy. Nie było samochodów, które mogłyby przeszkodzić tym dziecięcym zabawom. W dłuższą trasę można było jechać na rowerze. Myśl, że mógłbyś zostać potrącony lub rozjechany przez pędzący samochód była niedorzeczna.

Na zgromadzeniach czytałeś "Tamże", "Odległa Błękitna Planeta", "Anchors Away" i śpiewałeś hymny sił zbrojnych lub stare przeboje w stylu " Yankee Doodle Dandy". Twoimi bohaterami byli starsi bracia szkolnych kolegów, którzy zostali zwerbowani do armii i tylko czasem wracali do domu na przepustce. Nigdy nawet nie przyszło im do głowy przeskoczyć z munduru w wygodne ubranie. Byli dumni ze swoich uniformów, a ty byłeś dumny z samego faktu przebywania w ich otoczeniu.

W Dniu Pamięci i 4 lipca odbywały się parady. Jako skaut maszerowałeś w mundurku, wyobrażając sobie, że to wojskowy pochód, a ty jesteś jednym z żołnierzy. Z zapartym tchem słuchałeś najświeższych wiadomości o operacjach w Europie i na Pacyfiku i uczyłeś się na pamięć egzotycznie brzmiących nazw nieznanych ci miejsc w miarę jak dzielni Marines zrównywali z ziemią bunkry wroga na Pacyfiku. To była wspaniała wojna.

Prawdopodobnie najważniejszą rzeczą był fakt, że żadna z bomb nie spadła na twój dom, nigdy nie chodziłeś głodny i nigdy nie czułeś się zagrożony. Jednak nie były to coś, nad czym rozmyślało się wtedy głęboko. Każdy, bez względu na wiek, miał własne zadanie i jemu poświęcał całą swoją uwagę. Być może był to ostatni raz w historii USA, kiedy całe społeczeństwo zjednoczyło się w działaniach.

I nagle, pewnego dnia jedna z bomb uderzyła w japońskie miasto. Zmiotła całą miejscowość z powierzchni ziemi i zabiła prawie wszystkich mieszkańców. Kilka dni później inna bomba uderzyła w inne japońskie miasto. W przeciągu tygodnia wojna była skończona.

Minęły miesiące zanim ucichły owacje, a nasi żołnierze wrócili do domu w blasku chwały. Potrzeba było roku, by raporty i fotografie Czerwonego Krzyża obiegły świat ujawniając całą prawdę o Holokauście, niemieckich obozach koncentracyjnych i efektach szkodliwego promieniowania wytworzonego przez bombę atomową. W miarę odkrywania, jaką naprawdę cenę musieli zapłacić zarówno zwycięzcy i przegrani oraz jak straszną krzywdę wyrządziła milionom ludzi, cała wspaniałość wojny zaczęła gasnąć.

W przeciągu niecałych pięciu lat uczucie bezpieczeństwa odpłynęło w dal, a jego miejsce zajęła powszechna panika spowodowana rozprzestrzenianiem się komunizmu i serią konfliktów, w które zaangażowani byli nie tylko byli alianci, ale także ZSRR i Chiny. Blokada Berlina i Wojna Koreańska odebrały nadzieję, że II Wojna Światowa będzie ostatnim konfliktem w dziejach ludzkości.

Minęło ponad pięćdziesiąt lat od zakończenia II Wojny Światowej, a wojna jako sposób rozwiązywania sporów nie zniknęła z kart historii. Zmienił się jednak jej charakter.

Podczas II Wojny istniał prosty podział na łotrów i bohaterów. Prawdopodobnie charakter środków przekazu w roku 1940 sprawiał, że troska o "naszych chłopców" była silniej zakorzeniona w ludzkich sercach niż dzisiaj, gdy media przedstawiają wszystko w brutalnie bezpośredni sposób.

Jednak przede wszystkim, w II Wojnie Światowej chodziło o ludzi, jej przywódców i tych, którzy ją popierali. Najważniejsze były te cechy, o których tak lubimy słuchać: odwaga, życzliwość, przebaczenie i lojalność. Chodziło o pomysłowość, kreatywność i wytrwałość. Niestety, także o zło, do którego człowiek jest zdolny.

Wszystkie te cechy ludzkiego zachowania każdego człowieka z osobna oraz całych grup ludzi, dobre i złe, odegrały ważną rolę zarówno podczas II Wojny jak i w tej książce. Czy były jednak unikalne i charakterystyczne tylko dla II Wojny Światowej? Na to pytanie odpowie nam historia, jednak już dziś, po pięciu latach wojny w Iraku należy zauważyć, że tylko dwa razy nasi żołnierze zostali odznaczeni Medalem Honoru. W tym samym momencie II wojny Światowej zostały już rozdane dwieście czterdzieści dwa medale. Właściwie nie ma to związku ze zmianą postaw naszych żołnierzy, raczej z charakterem prowadzonej wojny.

Epilog- The Future of War

W szóstym wieku przed Chrystusem, za czasów Konfucjusza, Sun Tzu, wspaniały chiński generał i filozof napisał „Sztukę Wojny”, dzieło, które oddziaływało na sposób prowadzenia wojen przez następne dwa tysiące lat. Zasady naszkicowane przez Sun Tzu wywarły wpływ na wielu przyszłych wodzów takich jak Napoleon Bonaparte, Carl von Clausewitz, George Patron, Douglas MacArthur i Mao Tse- Tung.

 “Sztuka Wojny” była prawdopodobnie najczęściej czytaną książką w czasie działań militarnych, co prowadzi do mylnego wniosku, że była to książka o tym, jak prowadzić wojnę. Jednak Sun Tzu uważał, że najlepiej prowadzona wojna, to brak wojny, co wielokrotnie podkreślał w swojej pracy.

„ Najwspanialszą sztuką wojny jest pokonanie wroga bez walki”

Sun Tzu rozumiał lepiej niż ktokolwiek, iż nie ważne jak dobre były plany i jak istotne były powody wypowiedzenia wojny, ona nigdy nie toczyła się tak, jak tego oczekiwano.

Wojna zawsze była najgorszym wyjściem w kwestii rozwiązywania sporów. Wojny toczono z każdego możliwego powodu: zajęcia ziem, pragnienia władzy, etnicznych waśni, polityki rządowej, przekonań religijnych i prób zdobycia niepodległości. Doszło nawet do tego, że wojnę zaczęto traktować jak rozrywkę, kiedy królowie wypowiadali ją innym królom, a w pewnej odległości od pola bitwy przedstawiciele obydwu stron oglądali całe widowisko. Przez cztery tysiące lat wojny toczono twarzą w twarz. Jeden człowiek przeciw drugiemu, zwalczali się używając kopi, mieczy, maczug, sztyletów i własnych pięści.

Każda z epok przynosiła zmiany sposobu, w jaki prowadzono wojny. W czasach Imperium Rzymskiego, strategia i taktyka XX wieku były już znane. To wtedy właśnie wykształciły się nowoczesne rozwiązania w dziedzinach transportu, logistyki, mobilności, artylerii, organizacji i treningu. Co więcej, nikt prócz Greków i Rzymian nie rozumiał tak dobrze, iż nie wielkość armii, ale jej niszczycielska siła liczy się najbardziej. Dzięki wytrzymałości i ciągłej gotowości państwa, można było poświęcić wszystkie społeczne, polityczne i ekonomiczne środki, by wesprzeć działania wojenne.

Grecja, na przykład, nie wygrała żadnej wojny z Persją przez prawie dwieście lat, nie ponosząc z tego tytułu żadnych większych strat. Państwo przetrwało i funkcjonowało normalnie. Rzym zdobył Kartaginę dzięki wytrzymałości i poświęceniu swoich żołnierzy. W 255 roku przed naszą erą, rzymska eskadra 248 statków zaginęła podczas sztormu. Życie straciło 100,000 mężczyzn, czyli 15% wszystkich, którzy osiągnęli odpowiedni wiek, by dołączyć do armii. Reakcją Rzymu na to zdarzenie była budowa kolejnych statków. Biorąc pod uwagę liczbę ofiar każdej ze stron, wojna z Kartaginą była prawdopodobnie najkrwawszą i najbardziej kosztowną w historii. Straty Rzymian wyniosły 400,000 ludzi, a Rzym wciąż parł do przodu. W czasach wojen z Kartaginą, Rzym przegrywał prawie każdą bitwę, lecz na końcu, podobnie jak Grecja, zwyciężył.

Jednakże na początku XVIII wieku narzędzia wojny zaczęły nagle ewoluować. Armata i wynalezienie prochu powoli zmieniały zasady walki, a czasie kolejnych dwustu lat wojna przeszła głęboką metamorfozę.

Muszkiety i armaty używane podczas Wojen Napoleońskich oraz Rewolucji Amerykańskiej wypluwały w powietrze pociski i ogniste kule bez bliżej określonego celu i ładu. Oficjalnym zadaniem muszkietów było utrzymanie głów żołnierzy wroga w dole, tak długo, by można ich było zaatakować przy pomocy bagnetu. Amerykańska wojna domowa z lat 50' dziewiętnastego wieku poprawiła stan przemysłu metalurgicznego, udoskonaliła części maszyn robiących żłobienia we wnętrzu armaty i karabiny oraz otworzyła drzwi do produkcji pocisków i granatów o większym zasięgu i niesamowitej precyzji.

Amerykańska wojna domowa, najkrwawsza wojna w historii Ameryki, była tylko namiastką przyszłej wojny. Marsz Shermana do Morza, wsie i miasta spalone przez jego żołnierzy dla zabawy, sugerowały, że w niedalekiej przyszłości wojna dotyczyć będzie wszystkich, zarówno żołnierzy jak i ludności cywilnej. Była to zapowiedź zmasowanych ataków na miasta podczas II Wojny Światowej. Nikt nie analizował amerykańskiej wojny domowej bardziej wnikliwie niż niemiecki Sztab Główny.

Trzydzieści lat później, wojnach Burskichpojawił się karabin maszynowy. Zaawansowana technologia, bezdymny proch i doskonała precyzja strzału spowodowały, że taktyka walki w okopach stała się przymusem.

 

 karabin

Gatling, karabin maszynowy używany w czasie Boer War w latach 80' XIX w.

 

 

Jan de Bloch, filantrop, erudyta i, zupełnie przypadkiem, mój pradziadek, poświecił pierwszą połowę swojego życia na gromadzenie fortuny, finansując linie kolejowe między Polską, Austrią i Rosją oraz budując od podstaw największy bank w Polsce. Jednakże historycy znają go jako człowieka, który poświęcił życie szerzeniu pokoju i przeciwstawianiu się współczesnej, okrutnej taktyce wojennej. Sześciotomowa praca Jana de Blocha zatytułowana The Future of War, napisana w latach 90' dziewiętnastego wieku, miała duże znaczenie podczas Konferencji Pokojowej w Hadze w 1898 roku i odegrała ważną rolę podczas negocjacji. Bloch był nazywany "niewidzialnym ojcem" Konferencji. Za jego twórczość oraz sfinansowanie pierwszego na świecie Muzeum Pokoju w Lucernie, w Szwajcarii został nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla w roku 1901, jednak zmarł nim podjęto decyzję o przyznaniu nagrody.

Najważniejszym argumentem Blocha był fakt, iż postępy w technologii zbrojeń okazały się tak tragiczne w skutkach, że  w przyszłości, wojna będzie niedopuszczalnym środkiem załatwiania sporów.

" Wojna, zamiast dać kombatantom możliwość sprawdzenia swojej fizycznej i moralnej przewagi, będzie typem sytuacji bez wyjścia. Stanem zbrojnego pokoju na wielką skalę. Oto przyszłość wojny. Nie walka, lecz głód, nie brutalne mordy, lecz bankructwo narodów i upadek całej organizacji społecznej.

Rozwinięte, przemysłowe społeczeństwa będą musiały angażować milionowe armie, by podołać dziesiątkom tysięcy toczonych wojen. Rozwijać się będą bitewne fronty. Wojny tego typu nie znajdą szybkich rozwiązań.

Wojna stanie się pojedynkiem na najwyższym szczeblu władzy, przyczyną kompletnego ekonomicznego wyczerpania. Uporczywe wahania, zarówno ekonomiczne jak i społeczne, doprowadzą do fali głodu, chorób, „zniszczenia całej organizacji społecznej i rewolucji.”

Jan de Bloch uznał Amerykańską wojnę domową i Wojny Burskie za okrutną przepowiednię. Przewidział, że przyszłe wojny będą wymagały pełnego zaangażowania surowców dla wsparcia żołnierzy na polu walki. Nikt nie przejął się tymi przewidywaniami. On miał jednak rację, zwłaszcza jeżeli chodzi o II Wojnę Światową. Obie strony, zarówno Alianci jak i państwa osi, zrozumiały, iż celem stanie się wszystko, co napędza krajową infrastrukturę. 

W ciągu pięćdziesięciu lat od prognozy Jana de Blocha, świat był świadkiem rozwoju technologii czołgów, samolotów, łodzi podwodnych, okrętów wojennych, gazów trujących i broni, która była w stanie zabić tysiące ludzi za jednym zamachem. Niemcy jako pierwsi zastosowali w walce gaz musztardowy, najokrutniejszą z broni w 1917 roku. A to wszystko za sprawą rewolucji przemysłowej.

Byli tacy, którzy tak, jak Bloch dostrzegali niebezpieczeństwo i ze wszystkich sił próbowali uzmysłowić światu, że kroczy drogą ku zagładzie. Niestety, ani generałowie ani głowy państw nie poświęcili ich słowom zbyt wiele uwagi.

Dwadzieścia lat po przepowiedni Blocha, 15 700 000 ludzi straciło życie w wyniku I Wojny Światowej. Wojny, która nigdy nie powinna była wybuchnąć. Wśród nich 6 750 000 stanowili  cywile, a 8 950 000 służyła w armii. Nie było zwycięzców. Walczące strony zgodziły się na zawieszenie broni, a następnie, po burzliwych negocjacjach, podpisały Traktat Wersalski, który zobowiązywał Niemcy do zrekompensowania Aliantom strat wojennych..

Decyzja ta zrujnowała państwo niemieckie, pchnęła świat w finansową ruinę i doprowadziła do Wielkiego Kryzysu w latach 30'. Stała się także pośrednią przyczyną narodzin nazizmu i wybuchu II Wojny Światowej.

Mniej więcej w tym samym czasie, twórcy Traktatu Wersalskiego, włączając Prezydenta USA Woodrowa Wilsona, Premiera Wielkiej Brytanii Lloyda George'a i Francuskiego Ministra Wojny Georgesa Clemenceau'a, starali się przywrócić porządek w świecie muzłumańskim korygując granice Mezopotamii. Te grabieże i złe decyzje prześladują nas do dzisiaj.

Imperia Austro- Węgierskie, Niemieckie, Ottomańskie i Rosyjskie rozpadły się. Niemcy straciły swoje zamorskie kolonie. Utworzyły się nowe państwa takie jak Czechosłowacja i Jugosławia, a Polska, po stu latach powróciła na mapę Europy.

I Wojna Światowa była jednak tylko wstępem do ogromnej katastrofy- II Wojny Światowej, która brutalnie zgładziła 62 000 000 ludzi. W tym około 37 000 000 cywilów i 25 000 000 żołnierzy. Alianci stracili 51 000 000 ludzi, natomiast państwa osi 11 000 000. Co ciekawe, zwycięzcy ponieśli też znacznie większe straty materialne.

Europa, Chiny i Japonia legły w gruzach. Walka i zniszczenie w najgorszym wydaniu ogarnęły Związek Radziecki, gdzie zginęło 23,000,000 ludzi, w tym połowa cywilów. Nigdy wcześniej nie było tak krwawych bitew, jak te toczone na froncie wschodnim. Tylko w walce o Stalingrad zginęło między 1,700,000 a 2,000,000 sowieckich i niemieckich żołnierzy.

zolnierze

Niemieccy żołnierze na gruzach Stalingradu

Aby transportować swoje zapasy na front wschodni, Niemcy byli zmuszeni zatrudnić 1,500,000 koni, żywiących się pszenicą, która nie została spalona przez sowiecką armię wycofującą się w kierunku Moskwy. Stalingrad, porażki w Moskwie i sprawa Kurska zmusiły Niemców do grania na zwłokę. Stawiając czoła srogiej, rosyjskiej zimie, armia niemiecka zaczęła odwrót, żywiąc się mięsem swoich koni, by przeżyć. Złapani w pułapkę przez Rosjan na Wschodzie i Aliantów na Zachodzie, musieli się poddać. Cena jaką przyszło zapłacić Sowietom za ich wytrwałość okazała się właściwie niemożliwa do oszacowania. Jan de Bloch miał rację. Współczesna wojna stanowiła żywioł niszczący wszystko, co napotka na swej drodze.

kolonia

Ruiny Kolonii po ataku rakietowym Aliantów

Wydaje się, że siła, cierpliwość i możliwość zaakceptowania większych niż wróg strat, były zawsze najważniejsze. Na przykład, w sporze z Niemcami podczas II Wojny Światowej Związek Radziecki stracił trzy razy więcej żołnierzy (23 000 000). Mimo wszystko, przetrwał.

W zasadzie, przepowiednie Jana de Blocha spełniły się pod każdym względem.

Bloch uważał, że konsekwencje przyszłej wojny powinny być nie do zaakceptowania przez racjonalny świat, nawet jeżeli w kluczowych momentach dziewiętnastego wieku ciężko było wyobrazić sobie jak daleko może posunąć się człowiek w obliczu wojny. W 1896 roku było oczywiście trudno wyobrazić sobie straty, które miał ponieść Związek Radziecki oraz niekontrolowane okrucieństwo, które wyśle do komór gazowych miliony Żydów w czasie Holokaustu. Bez wątpienia, nikomu nie przeszło nawet przez myśl, że może istnieć broń taka, jak bomba atomowa, która jest w stanie zmieść miasto z powierzchni ziemi, w czasie kilku sekund.

Jedyną rzeczą jakiej nie przewidział Jan de Bloch, był fakt, że po zakończeniu wojny, głównym celem zwycięzców nie musiało wcale być ukaranie przegranych. Konsekwencje Traktatu Wersalskiego, które doprowadziły Niemcy do finansowej ruiny i pośrednio wywołały kolejną tragiczną w skutkach wojnę, nie uszły uwadze Stanów Zjednoczonych. Jako wyspa, położona pięć tysięcy mil od obydwu frontów, Ameryka wyszła z wojny właściwie nietknięta. Z przeszłości wyniosła cenną lekcję i była zdecydowana nie powtarzać błędów popełnionych po I Wojnie Światowej. Plan Marshalla pomógł Europie, a więc i Niemcom odrodzić się z popiołów oraz stać się silniejszym ekonomicznie podmiotem niż przed rozpoczęciem walk. Pod kierownictwem Generała MacArthura i dzięki finansowemu wsparciu USA, także Japonia odbudowała swoje państwo i przerodziła się w ekonomiczną potęgę. To wszystko zdarzyło się w krótszym niż jedna dekada czasie.

Najwspanialszym momentem w całej historii Stanów Zjednoczonych było najprawdopodobniej wyciągnięcie ręki w akcie przebaczenia i wspaniałomyślności do Niemiec i Japonii, by mogły znów stanąć na nogi. Przez ten jeden jedyny moment państwo stworzone przez imigrantów w 1776 roku, forteca Ameryka, była jak Camelot.

Z drugiej strony Związek Radziecki stworzył niewidzialną Żelazną Kurtynę wokół opanowanych państw i leczył własne rany. Strefa wpływów ZSRR przetrwała trzydzieści lat.

Idee Jana de Blocha zostały wreszcie wzięte pod uwagę przez najważniejsze światowe szkoły wojskowe i często pojawiają się w publikacjach z owych czasów. W swoim wojennym memorandum, brytyjski Szef Sztabu Field Marshall Viscount Montgomery of Alamein, podsumował Jana de Blocha jako "niezwykle przezornego w przewidywaniu kosztów ekonomicznych i społecznych, jakie będą musieli ponieść zarówno zwycięzcy i pokonani w każdej, przyszłej wojnie."

W setną rocznicę publikacji dzieła Jana de Blocha, grupa wiodących mężów stanu, dyplomatów, osobistości wojskowych, a także wybitnych uczonych i pisarzy zjechała do St. Petersburga w roku 1999, by odświeżyć wizje Blocha w świetle minionego krwawego wieku XX..

Zadali sobie następujące pytanie: jaka będzie przyszłość wojny? Została całkowicie usunięta czy może przeszła ponurą metamorfozę? Te same pytania zadawali sobie 100 lat wcześniej światowi przywódcy na pierwszej Konferencji Pokoju w Hadze, gdzie obradowali nad sposobem niedopuszczenia do kolejnej wojny. Ich próby nie powiodły się- tak jak i przewidział Jan de Bloch. W setną rocznicę wydania, jego książka The Future of War została zrewidowana i ponownie wydana pod tym samym tytułem. Powróciły też idee głoszone przez Blocha. Tym razem w świetle zdarzeń I i II Wojny Światowej. Książka została zmieniona, by być elementarzem dla światowych polityków, na których spocznie taka sama odpowiedzialność jak na tych, którzy zebrali się i polegli w 1899 roku.

Ani I Wojna Światowa- “wojna kończąca wszystkie wojny”, ani II Wojna Światowa- “ostatnia wielka wojna”, nie spełniły swoich obietnic. Prawdziwa tragedia II Wojny Światowej polegała na tym, że to w jej końcowym stadium tkwią zalążki wojen, które otaczają nas dzisiaj. Jak dotąd, pomimo rzezi jaka rozgrywała się na polach ogromnych bitew toczonych w okresie II Wojny, zginęło więcej zwykłych ludzi, niż tych, którzy w niej walczyli. Zapytani o zdanie, ci cywile bez wątpienia stwierdziliby, że wojna stała się dla żołnierzy zbyt ważną kwestią w życiu, by mogli ją porzucić. Żołnierze wzięli sprawy w swoje ręce.

Jan de Bloch uznał, iż broń wojenna jest już tak okrutna i przerażająca, że sama wojna staje się praktycznie niemożliwa. Peter van den Dungen, jeden z autorów rocznicowego wydania książki mówi: : „Nie powiedział, że wojna fizycznie nie może mieć już miejsca, lecz, że nie może już być racjonalnym środkiem rozwiązywania sporów.” Wojna stała się niemożliwa z powodów, które miał na myśli Carl von Clausewitz mówiąc: „ Wojna jest jedynie kolejnym sposobem prowadzenia polityki zagranicznej”.

Obie Wojny Światowe były spełnieniem przepowiedni Jana de Blocha. Co więcej, od końca II Wojny w 1945 roku, ponad pięćdziesiąt milionów ludzi zginęło w prawie dwustu osiemdziesięciu wewnętrznych konfliktach z politycznych, religijnych i etnicznych pobudek.

Oficjalnie świat nie znajdował się w stanie wojny, ale walki pomiędzy niektórymi państwami trwały nadal. Pomijając fakt, że pretensje i roszczenia nie zniknęły, powodów tych oszałamiających strat jest wiele a prognozy na przyszłość nieciekawe. Zamiast pokoju, otacza nas powszechny bunt, niezadowolenie i terroryzm, który grozi zachwianiem powszechnego ładu. Czy to także można było przewidzieć?

Bezmiar i okrucieństwo II Wojny Światowej to coś, z czym nie mieliśmy do czynienia nigdy wcześniej. Świat uniknął kolejnej wojny głównie dlatego, że Stany Zjednoczone jako wyłączny posiadacz bomby atomowej, stały się tak potężne, iż nawet bez uciekania się do użycia jej, były by w stanie wprost zmiażdżyć wroga, który odważyłby się stanąć do walki, używając konwencjonalnych sposobów i broni, w przeciągu kilku dni. Ta przewaga zaowocowała zmianą sposobu myślenia słabszych państw. Zaczęto się zastanawiać w jaki sposób słabeusz może zwyciężyć siłacza. To zmieniło świat.

Od samego początku bomba atomowa była bronią wpływającą na stosunki między państwami, które weszły w jej posiadanie i tymi, które jej nie miały. Kiedy w 1957 Związek Radziecki zdobył bombę, reakcja USA była natychmiastowa. Niepisana doktryna „wzajemnej destrukcji” gwarantowała, że żadne z państw nigdy nie odważy się użyć tej broni.

nagasaki

Widok w kilka minut po zrzuceniu bomby na Nagasaki

Na dzień dzisiejszy, wiodące państwa zachodnie, a w szczególności Stany Zjednoczone posiadają niewidzialne dla radarów bombowce, technologię podczerwieni ułatwiającą widzenie w ciemności, satelity szpiegowskie pozwalające śledzić ruchy wroga z dalekich odległości oraz sterowane pociski, które potrafią namierzyć cel z odległości tysięcy kilometrów bez groźby odwetu. Jak bezosobowa musi być wojna, gdy atakowany nie jest w stanie zobaczyć swojego wroga. Ta sytuacja całkowicie zmienia oblicze wojny. W jaki sposób?

v  Taktyka prowadzenia wojny zmieniła się

v  Celem na wojnie nie są już tylko wojskowi

v  Powstanie zbrojne i terroryzm stały się najskuteczniejszymi sposobami kontrataku na konwencjonalne taktyki potężnego, nowoczesnego wroga.

I i II Wojna Światowa, Wojny Napoleońskie oraz Amerykańska wojna domowa były tym, co Amerykańska Szkoła Wojskowa nazwała wojnami „liniowymi”. Nawet jeżeli rozmiary bitwy rozszerzały się lub zmniejszały w miarę jak zmieniała się liczebność armii, wojny (z niewielkimi wyjątkami) toczono twarzą w twarz na polu bitwy. I choć zaawansowane technologicznie samoloty, czołgi, statki, karabiny i bomby zaangażowane w obydwu Wojnach Światowych pozwalały atakować wroga poza jego granicami, prawdziwą walkę toczono w jednym, wiadomym miejscu.

W dwudziestym pierwszym wieku strategia militarna zaczyna się zmieniać w wyniku jeszcze śmielszych i ulepszonych rozwiązań technologicznych w sferze produkcji wyposażenia wojennego i uzbrojenia. Helikoptery, uzbrojone wozy będące w stanie dowieźć niezmiernie dobrze wyposażone siły szturmowe gdzie tylko zechcą oraz „inteligentne” bomby uderzające z niesamowitą precyzją doprowadziły do tego, co amerykańska armia nazywa „taktyką wirowania” wymyśloną, by otoczyć i zniszczyć siły wroga. Ogromne armie ustępują miejsca niewielkim, uzbrojonym po zęby grupkom, które  poruszają się szybko, atakują dniem i nocą z wprost nieopisaną niszczycielską siłą. Ich wszechobecność jest znakiem rozpoznawczym nowoczesnej armii. Oddziały Stanów Zjednoczonych rozmieszczone w Iraku i Afganistanie odzwierciedlają aktualny sposób myślenia.

Najbardziej zaawansowana broń II Wojny Światowej, rakiety V-2, których używali Niemcy podczas bombardowania Londynu z oddali, balony, które Japonia wypuszczała przeciw USA i, przede wszystkim, bomba atomowa, którą wykorzystały Stany Zjednoczone przeciw Japonii, sprawiły, że koniec klasycznej wojny linijnej stał się nieunikniony. Jest ona tym, co uważam za „zdalną siłę destrukcji”. Kiedy wojownik ma możliwość wciśnięcia guzika, który spowoduje totalne spustoszenie na ziemiach wroga w zupełnie innej części świata, psychologia wojny zmienia się. Jeżeli potężny jest w stanie zdominować słabszego przy pomocy zawansowanej technologii, zmienia się mentalność, taktyka i strategia tych, którzy są atakowani. Wszystko ulega zmianom i będzie nadal ulegało w przyszłości.

Reasumując, ciężko będzie zaprzeczyć, iż jedną z konsekwencji przytłaczającej technologicznej przewagi światowych potęg jest powstanie zbrojne i terroryzm. Gdy supermocarstwo bombarduje jakiś cel jest jasne, że zginą niewinni cywile. Kiedy ludzie, nie wojsko, są tymi, którzy cierpią najbardziej, jedyną alternatywą dla nich jest taktyka obejmująca decentralizację dowodzenia, akcje na własną rękę oraz zbiorowe i indywidualne poświęcenie, inaczej mówiąc, rebelię. Świat powinien był wiedzieć. Były bowiem sygnały z przeszłości, które pozwalały przypuszczać, iż powstanie i walka partyzancka mogą stać się jedynymi sposobami prowadzenia wojny ze względy na sposób w jaki uderzają w silniejszych.

Przez cały czas trwania Imperium Rzymskiego, Rzymianie radzili sobie z zagrożeniem zewnętrznym dzięki licznym podbojom i procesowi „romanizacji” wobec ludów podbitych. W ciągu prawie tysiąca lat Rzym rozciągnął swe granice od Bliskiego Wschodu do Północnej Afryki poprzez Brytanię, Hiszpanię i Galię (Francję). Granica z Germanią stanowiła swego rodzaju problem, nie tylko dlatego, że były to tereny gęsto zalesione, górzyste i poprzecinane dolinami rzek czy strumieni, ale także z powodu wojowniczych plemion germańskich, „Barbarzyńców”, z których każde stanowiło oddzielną społeczność. Ziemie te były trudno do okupowania, a utrzymanie nad nimi kontroli było praktycznie niemożliwe. W dziewiątym wieku, Armenius, wódz plemienny, pokonał trzy Rzymskie legiony w lesie Teutońskim posługując się taktyką walki z ukrycia. Była to ostatnia próba podboju ze strony Rzymian. Od tamtego momentu rzymska strategia militarna zwróciła się ku wojnie defensywnej.

W przeciągu dwustu pięćdziesięciu lat, najpierw osadnicy kolonii, a następnie armia Stanów Zjednoczonych walczyła z amerykańskimi Indianami. Biblioteka Kongresu zarejestrowała, że w pewnym momencie, w Ameryce Północnej żyło aż sto siedem plemion indiańskich. Każde z nich było zawzięcie lojalne swoim własnym ludziom, a każdy z dzielnych wojowników był swoim własnym generałem. Czterdziestosześcioletnia wojna z Indianami była najdłuższą wojną w jaką kiedykolwiek oficjalnie zaangażowane były Stany Zjednoczone, która zakończyła się po masakrze Lakotów w WoundedKnee w roku 1890. Mimo wszystko, tak jak i Rzymianie przetrwali Kartagińczyków, tak i Indianie trwają nadal i są ważną częścią kultury USA.

Siedemdziesiąt pięć lat po WoundedKnee, powstanie w Algierze ukazało światu w jaki sposób można wygrać współczesną bitwę o niepodległość dzięki nieomal wyłącznie walce podziemnej. Konflikt z lat 1954-1962 dostarczył dwóch lekcji: politycznej i militarnej.

Algieria, od roku 1830 francuska kolonia, już z początku stanowiła problem. Algierczycy byli traktowani jak niższej klasy obywatele Francji. Doprowadziło to do rebelii chłopskiej, którą Francuzom udało się stłumić. W czasie tego powstania, rząd i armia francuska porzucili swoje zasady odróżniające ich od terrorystów, których zwalczali. Francuzi utracili autorytet i od razu stało się jasne, że ich militarna i polityczna klęska jest nieunikniona. Resztki powszechnego poparcia zanikały tak jak i przejawy tolerancji ze strony armii. Jednocześnie częste stały się tortury, morderstwa i zastraszanie przez francuskich żołnierzy. Rząd IV Republiki utracił swoją wiarygodność zarówno wśród Francuzów jak i tych Algierczyków, którzy popierali obecność Francji na swoim terenie. Terrorystyczna kampania w Algierze była klasycznym pyrrusowym zwycięstwem. Mimo, iż armii francuskiej udało się wreszcie stłumić powstanie w mieście, metody jakich używali żołnierze wywołały międzynarodowe protesty i zniweczyły wszystkie nadzieje na Francuską Algierię.

Walki zaowocowały tysiącami ofiar wśród cywilów i żołnierzy po oby stronach. Sytuacja w Algierii doprowadziła do upadku IV Republiki Francji. Zastąpił ją nowy rząd, a na jego czele stanął Charles de Gaulle, który nie popierał wojny. Wojska francuskie wycofały się w 1962 roku i Algieria stała się niepodległym państwem.

Historycy mogą uznać Bitwę o Algier za pierwszą nowoczesną wojnę, modelową wojnę XXI wieku.

Po roku 1945 mieliśmy do czynienia z dwustoma osiemdziesięcioma konfliktami między żołnierzami, cywilami i rywalizującymi grupami ludności. Walki toczyły się w małych wioskach i na ulicach miast, gdzie wróg był wszędzie, a różnice między żołnierzem i cywilem przestawały mieć znaczenie w obliczu strachu i niepewności dnia codziennego.

Kiedy walka wybucha między dwoma grupami etnicznymi w jednym państwie, górę bierze potrzeba przynależności i lojalności grupie, a zasady moralne przestają się liczyć. Lokalne przejawy wrogości zmieniają się w ludobójstwo. Kiedy to już nastąpi, zabijanie niewinnych ludzi nie wystarcza. Dzieci wroga, przedstawiciele przyszłej generacji także staja się wrogami i muszą zostać wyeliminowane. W takim czarnym scenariuszu kobiet i dzieci nie zabija się przez przypadek, ponieważ to one są pierwszorzędnym celem. W roku 1994, przed wybuchem walk w Ruandzie, jeden z komentatorów medialnych ujął to w ten sposób: „Żeby zabić wielkiego szczura, trzeba najpierw poradzić sobie z małymi szczurkami.”

Poza niedawnymi konfliktami zbrojnymi, historia stworzyła długą listę wojen, które również rzadko kończyły się rozwiązaniem problemów, jakie leżały u ich podstaw. Walki w byłej Jugosławii oraz na terytoriach będących w swoim czasie częściami Związku Radzieckiego to oczywiste przykłady.

 „To, że wojna stanie się wreszcie niemożliwa do prowadzenia nie budzi żadnych wątpliwości.

Pytanie brzmi- kiedy ten fakt dotrze do świadomości ludzi i rządów państw?

Gdy wojna przestanie być środkiem rozwiązywania międzynarodowych sporów i będzie to jasne dla wszystkich, inne podziały odejdą w niepamięć.”

 

Jan de Bloch, 1898

 

Jakie inne podziały miał na myśli? Jan de Bloch miał nadzieję, że świat odnajdzie się na dobrej drodze, a ludzie nauczą się rozwiązywać spory w sposób pokojowy. Stały Sąd Arbitrażowy został ustanowiony w wyniku Międzynarodowej Konferencji w Hadze. I Wojna Światowa dała impuls do stworzenia Ligi Narodów tak, jak II Wojna doprowadziła do stworzenia Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Ani I ani II Wojna Światowa nie zapewniły światu pokoju. Zamiast tego, nauczyły ofiary opresji, okupacji, religijnych prześladowań i uprzedzeń, że aby poradzić sobie z oprawcą trzeba uciec się do indywidualnych zamachów, zdecentralizowanego dowodzenia, czyli taktyki walki partyzanckiej.

Niektórzy powiedzieliby, że taktyka decentralizacji dowodzenia i walki partyzanckiej nie jest niczym nowym i była praktykowana w wielu miejscach na przestrzeni tysiąca lat. Że idea walki powstańczej mogła zrodzić się na stronach książki Sun Tzu. Z jednym, bardzo istotnym, wyjątkiem, jest to prawda. Samobójcze ataki kamikadze popełniane przez japońskich żołnierzy wojsk lotniczych podczas II Wojny Światowej stały się niejako inspiracją dla ekstremistów na Bliskim wschodzie i wszędzie indziej. Jeżeli ktoś chce poświęcić swoje życie, by zabijać innych, by zostać żywa bombą, której jedynym celem jest szerzenie zniszczenia wśród niewinnych ludzi, to żadna broń i żadna formacja nie jest w stanie temu zapobiec.

Czy Holokaust może się powtórzyć? Niestety, stało się to już pod przykrywką czystek etnicznych.

Naturalnym instynktem człowieka, który trzyma w ręku broń jest chęć zadania wrogowi bólu bez narażania się na niebezpieczeństwo. Właściwie każda nowoczesna broń  jest zaprojektowana, by zabijać i samemu nie zostać zabitym. Wojenni inżynierowie nie pomyśleli jednak o jednym. Jak powstrzymać terrorystę, który marzy o tym, by zginąć jako męczennik za swoją sprawę, stając się chodzącym ładunkiem wybuchowym? Jest to teraz i będzie w przyszłości największe zagrożenie dla cywilizacji.

Życzliwość i przebaczenie ze strony Stanów Zjednoczonych, które przejawiały się w pomocy Niemcom oraz Japonii po II Wojnie Światowej jak widać nie doprowadziły do wiecznego pokoju na świecie. Były to tylko czasowe wahania na wykresie czasu. Zamiast tego, wojna zrodziła brutalność, która może okazać się bardziej wyniszczająca dla świata niż cokolwiek wcześniej.

II Wojna Światowa z pewnością nie zakończyła epoki wojen, ale doprowadziła do walk powstańczych i terroryzmu, które wyróżniają nowoczesną wojnę. Wojna przeszła metamorfozę kiedy nikt nie patrzył. Czym była bomba atomowa jeśli nie bronią masowej zagłady? Czym były japońskie naloty jeśli nie zamachami samobójczymi? Czym był Holokaust jeśli nie czystką etniczną? Czy są to jedynie nowe etykietki, którym wejście na stałe do naszego słownika zajęło aż sześćdziesiąt lat? I czy świat nie zdawał sobie sprawy, że  zdalna broń taka jak niemieckie rakiety V-I i V-II, doprowadzi do zmian w sztuce wojennej, która w złych rękach może doprowadzić do zagłady ludzkości?

Dla Aliantów, heroiczne akty poświęcenia wyzwoleńczych organizacji w Niderlandach, Francji i Polsce w opieraniu się niemieckiej okupacji, pokazywały człowieka z najszlachetniejszej strony. Jednakże, podczas gdy wśród swoich jesteś bohaterem, dla innych pozostajesz rebeliantem. Z pewnością, z perspektywy irlandzkich katolików, członkowie IRA byli bohaterami. Z brytyjskiego punktu widzenia byli terrorystami obalającymi władzę. Jedno jest pewne. Z perspektywy powstańców, terroryzm i rewolucja „działają”.

Uprzedzenia, które stały się przyczyną Holokaustu nie były niczym nowym. Prześladowania i antysemityzm są tak stare, jak Biblia. Krucjaty zrodziły między Muzułmanami, a Chrześcijanami nienawiść, która nie ma końca. Panika wskutek „żółtego niebezpieczeństwa” w dziewiętnastym wieku poprzedza pogromy Żydów w Rosji i Ormian w Turcji, w wieku dwudziestym. Jednakże Holokaust nadał nazwę czystkom etnicznym, a instytucjonalizacja zmechanizowanego programu systematycznego wykorzeniania całej rasy była niespotykana..

Podobnie, istnieje nieskończona ilość przykładów samobójstw  w czasie wojny, jednak prawie w każdym przypadku były to działania szpiega, który nie chciał dostać się w ręce wroga, lub bohatera, który pragnął zginąć w walce za słuszną sprawę. Tymczasem naloty kamikadze podczas II Wojny Światowej były pierwszymi w historii przykładami samobójczych ataków bombowych, które zostały uznane za część strategii wojennej.  

Wielu twierdzi, ze gaz musztardowy, którego używano w czasie I Wojny Światowej powinien zostać zakwalifikowany jako broń masowej zagłady. Nieprawda. Broń ta była wycelowana w żołnierzy wroga, a nie cywilów, którzy przypadkowo znaleźli się w pobliżu. Jednak, podczas II Wojny Światowej, w Warszawie, Londynie, Hamburgu i Hiroshimie, cywile stali się celem nowej strategii militarnej.

Czy przyszły, racjonalny świat znajdzie inne sposoby rozstrzygania sporów? Czy powstania, rebelie i terroryści pokażą nam do czego prowadzi wojna? Możemy jedynie mieć nadzieję, że przyszli generałowie zważą na przepowiednie Jana de Blocha i Sun Tzu. Po pierwsze, dlatego, że broń nowej generacji jest przyczyną wojen między narodami. Po drugie, dlatego, że przez cztery tysiące lat najlepszą radą, największego stratega wojskowego było unikanie wojny za wszelką cenę. 

Czy Organizacja Narodów Zjednoczonych spełni swoją funkcję arbitra i ambasadora pokoju na świecie, czy poniesie klęskę? Czy nasz świat jest skazany na samozniszczenie? Jan de Bloch miał rację mówiąc, że wojna jako instrument polityki zagranicznej nie będzie już możliwa. Miał również słuszność mówiąc, że supermocarstwo jakim są USA może powstać i wypowiedzieć wojnę każdemu jednemu państwu używając owej "niedorzecznej", tradycyjnej taktyki wojennej. Problem polega na tym, że wojna zmienia się przez cały czas, a jej "niedorzeczność" może wkrótce stać się bardzo sporną kwestią wśród jej badaczy.

Czy jest jakaś iskierka nadziei dla tego irracjonalnego świata, w którym człowiek gotowy jest wtargnąć do zatłoczonego supermarketu i dokonać samobójczego zamachu bombowego, by zginąć jako męczennik? Jeżeli rebelianci i terroryści nauczyli się kaleczyć świat działając w pojedynkę, czy nie jest dobrym znakiem, że ci sami ludzie mówią w pewnym momencie "stop!"? W końcu. wojna może być uznana za skończoną dopiero, gdy ostatni z powstańców stwierdzi: "Już dość".

W roku 1970, dziennikarz i naukowiec Sydney Harris napisał: "Pesymiści twierdzą, iż wojna nuklearna jest nieunikniona. Optymiści, że jest niemożliwa. Wojna nuklearna jest nieunikniona, chyba, że my uczynimy ją niemożliwa, mówią realiści."

Ja powiedziałbym dzisiaj, "Pesymiści twierdzą, że wojna jest nieunikniona. Optymiści, że jest niemożliwa. Realiści powiedzą, że wojna jest nieunikniona, chyba, że uczynimy ją niemożliwą."

Pokój to coś więcej niż brak wojny. Pokój oparty na równowadze strachu jest tylko przerwą między jednym konfliktem zbrojnym a kolejnym, który następuje w wyniku zachwiania tej równowagi. Dlatego pokój nie może być jedynie konstelacją zastraszania i odstraszania; niestabilną sytuacją "szachowania" tych, którzy pragną wojny. Jeśli chcemy zrealizować Kantowskie marzenie o "wiecznym pokoju", musimy dążyć do osiągnięcia czegoś więcej. Musimy zbudować świat, w którym siła prawa będzie jedyną liczącą się siłą. Takiego świata jeszcze nie ma, choć niewątpliwie w wielu rejonach globu może się wydawać, że on już istnieje. Duża część Europy, Ameryka Północna i kilka innych wysp stabilności i dobrobytu wywoływać mogą złudzenie, że pokój trzeba tylko pielęgnować, utrzymywać. Wystarczy jednak spojrzeć na świeżo wygaszone ognisko bałkańskie, przypomnieć sobie tragedię 11 września, by zrozumieć, że nawet na tych szczęśliwych wyspach pokój nie jest czymś danym raz na zawsze. Trzeba o niego aktywnie zabiegać, ciężko pracować dla jego osiągnięcia, często nawet narażać zdrowie i życie. Alfred Nobel stwierdził kiedyś: "Same pobożne życzenia nie zagwarantują pokoju"

 

Aleksander Kwaśniewski

Prezydent RP, 16 września 2003